Ministry, ratunku!

Jak się przegrywa mecz na szczycie można się nieźle wkurzyć, można nawet postradać zmysły, albo dla przykładu rozpętać kolejną futbolową wojnę. W sam raz, żeby wywrzeć presję, dać pretekst do podejrzliwych domysłów przy piwie w pełnych gospodach i pogrozić palcem temu, kto odważył się nie paść na kolana. A jeśli szef związku jest kibicem twojego klubu masz fantastycznego sojusznika...

Po tym, jak Sparta dostała sugestywnego klapsa od Viktorii Pilzno podziały się takie rzeczy, że o tym bardzo dobrym meczu zapomniano niebywale szybko, a alibistyczne (lubię wymyślać nowe słowa) hokus-pokus szefa stołecznego klubu zaciągnął czarne chmury nad ichniejszą kopaną.

Sprawa jest bardzo enigmatyczna, wręcz hermetyczna, i dlatego niewiele można o niej powiedzieć, za to można mnóstwo dopowiedzieć. Jak czeska Republika długa i szeroko spekuluje się kto, co i za ile, chociaż nawet nie wiadomo, czy w ogóle.

A wszystko sprowokowała wizyta szefa Sparty Daniela Křetínského u swojego kumpla po szalu, to znaczy u swojego przełożonego, prezesa czeskiego związku, Miroslava Pelty. W cztery oczy rzekł mu takie rzeczy, że Pelta aż zdębiał (miałem napisać, że aż włosy stanęły dęba, ale to byłoby mało wiarygodne, Pelta ma ich jeszcze mniej niż ja:). W każdym razie, żeby szef wszystkich szefów się nie „ocynkalał” ze sprawą wyszeptał mu na uszko, że Ministrowi Sprawiedliwości też się wypłakał w rękaw i co on na to.

Onej straszliwej afery pewnie by nie było, gdyby nie poczucie krzywdy prażan po spotkaniu w Pilznie. To prawda, sędzia dawał ciała, a już karny, po którym padł zwycięski gol dla Viktorii z gatunku tych, w których sędzia albo oślepł, albo mu odbiło, albo...

Tendencyjny filmik z błędami arbitra Matějka:


W przerwie działacze Sparty deliberowali, czy w ogóle wypuścić swoich chłopaków na drugą połowę; to akurat niepoważne i głupie; można by jeszcze zrozumieć poczucie krzywdy u samych piłkarzy ale ingerencja facetów w garniturach to jakaś absurdalna głupota, dawanie sygnału całkiem skrzywionego. Tak, czy siak, skoro już wyszli, bo wyszli przecież, to postanowili sprawdzić, czy po tym przyaktorzonym karnym sam arbiter zaciągnął ręczny w swoich decyzjach i kosili gospodarzy nieprawdopodobnie. Zaciągnął, jak się okazało, bo mogło się czerwienić nie jeden raz... A skoro jednak wznowiono drugą połowę, to jeszcze kibice Sparty postanowili dorzucić do ognia i swoim zachowaniem nakłonić swoich graczy (i miejscowych) do przedwczesnego zakończenia spotkania...

Pikanterii sprawie dodaje jednak fakt, że nie tylko nie wiadomo o co chodzi, kto jest podejrzany i o co, nawet nie wiadomo o jaką cezurę czasową się rozchodzi i jaka jest materia rzeczy (podobno wykluczono szwindle w bukmacherce, więc chyba korupcja, tym bardziej, ze policja właśnie od tej przypadłości rozpoczęła dochodzenie). Aha, puszczenie policji tematu było sprytnym posunięciem, bo teraz obaj panowie zasłaniają się tym magicznym „nie mogę zdradzić szczegółów, by nie zaszkodzić toczonemu śledztwu”, pozostaje tylko przeglądanie internetu w poszukiwaniu najbardziej dziwacznych spekulacji; ale nie o tym miałem teraz napisać; chodzi o to, że Pan Pelta sam kiedyś umoczył, w korupcji. To znaczy nigdy nie został skazany, ale przy odsłuchiwaniu podsłuchu szarej eminencji czeskiego futbolu, Ivana Horníka, znaleziono i takiego rodzynka: „Ty, kurde, ja bym mu (ówczesnemu trenerowi Sparty, Kotrbie – MK) najchętniej powiedział, ty ciuliku, przylazłeś do Sparty, mieliśmy przewagę, kurde, wiosnę sobie przyklepaliśmy, kurde, wszystko wydzwonione, kurde, nie wygrałeś ani jednego meczu, nawet z tym Hradcem nie dało rady. No, tragedia, wstyd, blamaż, ty, kurde, czempions lik, kwalifikacje. No tylko sobie przypomnij, jak awansowaliśmy, kurde...”, co miało oznaczać, że telefonem można ustawić całą rundę wiosenną, a chwalił się Horníkowi... Pelta właśnie. Jednemu się upiekło i dzisiaj szefuje czeskiej piłce, drugi dostał solidną dyskwalifikację, ale całkiem niedawno wrócił do piłki, na razie na poziomie trzeciej ligi... Zgadnijcie, kto usilnie lobbował, by Ivan Horník mógł ponownie krzątać się między pokojami, szatniami, trybunami, stacjami benzynowymi i kiblami?:D Ale i Ivan o nim nie zapomina, miał kiedyś powiedzieć, ze w duecie z Peltą „byliby niepokonani”...

Żeby nie było końca tej dwuznaczności całej afery, Pelta nawet piastując funkcję prezesa FK Jablonec nie przestawała być kibicem Sparty...

A i sama Sparta, jako klub, nie ma czystego sumienia; niektórzy sugerują, że od lat dziewięćdziesiątych to oni za wielu tytułów uczciwe nie wywalczyli, jakby nie było, to i tak najbardziej zapamiętałe było spotkanie z 2006 roku dla ratowania tyłka bożyszcze i legendzie Sparty, a znanemu u nas z trenowania Arki Gdynia, Františkovi Strace; gdyby nie zwyciężył w ostatniej kolejce sezonu na Sparcie właśnie, jego klub wyleciałby z ligi. I wygrał. Absolutnie sensacyjnie i nieracjonalnie, i jeszcze po baaardzo dziwnym meczu i takich też bramkach. A w całej tej historii najzabawniejsze jest to, że w takich okolicznościach zachował ligę dla... Viktorii Pilnzo:)

A na deser jeszcze jedno. Roman Berbr, poważny gracz za kulisami, prywatnie partner szefowej sędziów, Dagmary Damkovéj, sugeruje, że frustracja Sparty jest prosta do wytłumaczenia; od roku, czyli od momentu zmian w komisji sędziowskiej, stołeczny klub stracił kontrolę na tym organem, co wcześniej było tajemnicą poliszynela. Powiedział Pan od Pani mieszkający razem w... Pilznie;]

Oczywiście półprzytomni zwolennicy „Rudých” trzymają kciuki, by udupiono właśnie Pilzno, co wydaje się nieprawdopodobne, i chyba nawet Pelta daje do zrozumienia, że nie ma takiej opcji.

Ale kampania rozpoczęta. Najpierwej dziennikarze (ach, jakże podobni naszym, szturmując na każdego, kto nie miłuje ich ukochanego, stołecznego, a jakże, klubu) serwowali jeden za drugim artykuł o konieczności surowego karania dyskwalifikacjami „udawaczy”. Najlepiej, gdyby taki David „Pippo” Limberský nie pograł z pięć meczów...

Truno uwierzyć, by zespół, który z taką gracją i pewnością punktuje kolejnych rywali w Europie potrzebował akurat w czeskich warunkach tajemnych mocy; i tak też reaguje trener Pavel Vrba ironizując i wykpiwając całe zamieszanie. Sparta ma podobno jakieś niezidentyfikowane dowody, być może jakieś nagrania, czy cóś...
Vrba: „Jeśli przypadkiem prze tych siedem miesięcy mnie śledzili, to niech pokażą te materiały mojej żonie. Byłaby zachwycona, jakiego ma grzecznego męża”. A po wczorajszym spotkaniu w LE wyprzedzając pytania dziennikarzy sprzedał taką anegdotkę:
„Rano, o 8.02 dzwonił do mnie ktoś z ukrytego numeru. Myślałem, ze to urząd finansowy. Ale nie, to była kryminalna. Szukali jakiejś pani, ale gdy zorientowali się, że to pomyłka, przeprosili mnie”.

A propos samej gry. Jeszcze bez Romana Adamova, superstrzelca pozyskanego z Rostova (w rozgrywkach europejskich będzie mógł zagrać dopiero na wiosnę), Viktoria Pilzno bez najmniejszych kłopotów rozprawiła się z portugalską Académicą de Coimbra. Wprawdzie goście po jednej z dwóch akcji w pierwszej połowie uzyskali prowadzenie, ale po prawdzie cały mecz rozgrywany był pod bramką gości. Ostatecznie pękli, i to po przedziwnej bramce. Oficjalnie gola strzelił Pavel Horváth, ale tak po prawdzie to powinno zapisać się ją na konto tego pierdoły Ricardo, bramkarza przyjezdnych. Zobaczcie sami TUTAJ.

Skończyło się wynikiem 3:1, ale gdyby nie spora dawka szczęścia, goście zawieźli by do Portugalii nie mniej bramek niż Ruch Chorzów. W końcu była jeszcze poprzeczka, a raz obrońcy szczęśliwie zatrzymali piłkę na linii bramkowej...

Rozpłakana Sparta dała ciała w Lyonie, grając nadzwyczaj pasywnie. I można by zapomnieć o tym spotkaniu, gdyby nie wstrząsający moment z pierwszej połowy. Po niewinnie wyglądającym starciu z Pavlem Kadeřábkem gracz miejscowych, Mouhamadou Daboa padł bezwładnie na murawę. Na szczęście skończyło się jedynie utratą przytomności. Senegalski obrońca reprezentujący (jeszcze) Francję w szpitalu dochodzi powolutku do siebie...


Poprzednia kolejka Bundesligi była dla mnie całkiem udana; moje wirtualne ananasy zdobył solidnych 46 punktów (wyjściowa „11”: 44), głównie dzięki fenomenalnej postawie Maxa Krusego z SC Freiburg (gol, dwie asysty i piłkarz meczu). Łącznie uzbierało się zatem: 143 (105)

Ale to koniec dobrych wiadomości. Oneugbu uciekł mi do drugiej ligi, a teraz jeszcze Tyrała złapał poważniejszą kontuzję; pole manewru coraz mniejsze...

Mielitz – Piszczek, Brouwers, Pospech – Cigerci, Reus, Kruse, Arango – Dembelé, Lewandowski, Schahin.
Rez.: Alomerovic, Drewes – Sobiech, Friedrich, Reinhardt – Can, Bellarabi, Beister, Tyrala – Mlapa, Oneugbu.

PS Właśnie zakończył się mecz ligowy, baaardzo przeciętny. Niektórzy nazwali go derbami Warszawy, rotfl. Zabawne, ze są jeszcze ludzie tak zakłamani, by traktować tych, którzy biegali w czarnych koszulkach jako Polonię Warszawa. A wydawało się, ze po tym całym zamieszaniu na linii Wojciechowski-Król dano sobie spokój z tym udawaniem, przebieraniem i kradzieżą tożsamości; a jednak nie, niektórzy postanowili trzeci raz zmienić zdanie...
Trwa ładowanie komentarzy...