9:9

Rzadko zdarza się, by mecz towarzyski przeszedł do historii; w wymiarze lokalnym najczęściej dotyczy wizyty drużyny z elit rozgrywek, przekraczając okolice klubowych gabinetów i speluny zwykle spokojnego grajdołka tyczyć się musi trwałej marki, ustalonej renomy, kultowego klubu. W Polsce takich drużyn jest może pięć, sześć... W sobotę o godzinie 14,00 jedna z nich postanowiła napisać nowy rozdział swojej historii...

Ruch Chorzów należy do wąskiej grupy klubów piłkarskich w Polsce ponadczasowych. Ich sukcesy, tytuły i wyróżnienia, ale również porażki i niepowodzenia, znakomici piłkarze, trenerzy, działacze, wszystko to, na przestrzeni już 93 lat budowało ikonę „Niebieskich”. I tak już pozostanie, każdy kolejny dzień funkcjonowania, każdy kolejny rezultat to tworzywo wspólnej historii polskiej, ale przecież wynikiem skomplikowanych dziejów, i niemieckiej piłki. To dlatego nawet gry towarzyskie, sparingi przypominane są po latach, bo ich znaczenie, wymowa, symbolika nie przestają fascynować. Historie bywają urzekające i baśniowe: to jedyny rodzimy klub, który pokonał Bayern Monachium, to również klub, który – jako Polska B – zremisował na amerykańskiej ziemi z reprezentacją Meksyku, ówczesnym finalistą Copa America. Zdarzało się przecież, że i bolało, a końcowe rozstrzygnięcie przebijało sobotnie wydarzenie. Jak w 1936, gdy drugoligowa wtedy Cracovia rozniosła mistrzowski Ruch aż 9:0, albo sześć lat później, za okupacji, gdy w łeb dostali już dwucyfrowo. A jednak, tamte dolegliwe klęski inny zgoła miały wymiar; Cracovia na zapleczy 1 Ligi to było jakieś nieporozumienie, chochlik historii; jak bardzo „Pasy” nie pasowały do takiego towarzystwa potwierdzili rok później, zabierając „Niebieskimi” koronę czempiona. A ta klęska z 1942 roku także nijak nie przystaje do sobotniej; występujący wówczas pod nazwą Bismarckhütte SV 1899, Ruch przegrał 0:10 z... reprezentacją Niemiec. Gdy po latach ktoś sięgnie do kompromitacji ze Słowakami, będzie musiał nieźle pokombinować, wykazać się nadzwyczajną kreatywnością, żeby wytłumaczyć jakoś taki rezultat. Być może powodem były nieludzkie warunki, w jakich mieszkali podczas zgrupowania pracownicy klubu z Chorzowa, zamulający Internet i problemy z zasięgiem sieci telefonii komórkowej...

Było więc 2:9, a w Žilinie używali sobie wszyscy, od siedemnastolatka do trzydziestodziewięcioletniego weterana. Używali sobie, bo w lidze tak łatwo już nie będzie (w 19 meczach Žilin zdobyła zaledwie 24 gole). Na szczęście dla autorów tego żenującego wyczynu można beztrosko wymienić siedem innych istotnych wydarzeń, który nastąpiły po 15,45 i w jakimś sensie umożliwiły olanie tego lania. Wymieniając siedem można dowieść, że właściwie to był remis...

1) Hiszpania: pierwsza ligowa porażka FC Barcelony i niedzielny, czterdziestopięciominutowy popis Realu Madryt;

2) Rozpoczęcie Pucharu Narodów Afryki, rozgrywek pełnych fantazji, sielanki, radości, kolorów i niespodzianek;

3) Włochy: szmata de Sanctisa


4) „afera”, czy jak to tam nazwać, Bereszyńskiego; jaka liga, taka afera transferowa; nic nie znaczący, anonimowy piłkarz kreowany na rodzimego Manuela Neuera; jak smutny musi być zawód dziennikarza sportowego, że z takiej depeszy konstruuje się telenowelę. Młodemu chłopakowi życzę wspaniałej kariery, niech Legia sprzeda go za 10 milionów euro, niech zdobywa tytuły i zostanie bożyszcze, ale na razie to niech strzeli więcej niż jednego gola na poziomie seniorskim... Wielką krzywdę robią mu osoby żonglujące emocjami. Sprawa warta będzie uwagi, gdy wyrośnie z niego Pan Piłkarz.

5) Podpisanie kontraktu przez Arkadiusza Piecha z Sivassporem. To nie jest wielki zawodnik, i bynajmniej nie mam na myśli wzrostu; ale swoją pracą, zawziętością, zaangażowaniem zasłużył na taki transfer, bez względu na to, jak mu się nad Bosforem powiedzie...

6) Anglia: dwa hity i dwa bardzo dobre mecze; to taki kontrast z naszą liga, gdzie hit spełnia swoje oczekiwania, jeśli w ogóle padnie w nim gol...

7) Dwie bramki Saschy Möldersa. Ten bardzo ciekawy napastnik podpiął do respiratora beznadziejny FC Augsburg, wskrzesił na nowo regułę trwającą w Bundeslidze o lat sześciu, według której nie zdarza się, by obie najgorsze drużyny rundy jesiennej spadły z ligi. To również osobisty sukces 27-latka, który krótko przed meczem powiedział „Tak” Stefanowi Reuterowi i podpisał nowy, obowiązujący do 2015 roku, kontrakt z Bawarczykami. Chłopak opuścił z powodu bardzo poważnej kontuzji aż dziesięć kolejek, a i tak zdołał już poprawić zeszłoroczny bilans bramkowy. Raczej jednak nie będzie miał jednak okazji w najbliższym czasie zdobyć „takich” goli. Nie wiem, który bardziej kuriozalny...
Trwa ładowanie komentarzy...